Zaparzcie kawę i ruszajcie ze mną w ekscytującą podróż – od Atlantyku po Saharę!

Maroko – kraj, który nie przestawał mnie zaskakiwać. Moja podróż zaczęła się w Agadirze, nad brzegiem Atlantyku, a zakończyła w Merzouga, u stóp Sahary. To nie były klasyczne wakacje, ale prawdziwe odkrywanie – kraju, ludzi i ich codzienności (i po raz setny tajine). Zapraszam do lektury jak z Agadir dostaliśmy się na Saharę.

Po przylocie spędziliśmy jedną noc w hotelu Kamal w Agadirze, który okazał się świetnym punktem startowym przed dalszą podróżą. To miejsce, w którym można odpocząć po długim locie, a także zorganizować się na dalszą wyprawę.

Po spokojnej nocy, ruszyliśmy w głąb kraju! Zarezerwowaliśmy bilety na autobus z Agadiru do Marrakeszu za około 40 PLN. Kupiliśmy je przez stronę 12go.asia (można znaleźć szczegóły tutaj: 12go.asia). Bilet to świetna opcja, by szybko i komfortowo pokonać trasę, ciesząc się widokami po drodze!

Podróż trwała 3,5 godziny – i powiem wam, że to były 3,5 godziny pełne wrażeń! Zamiast nudnej jazdy busem, trasa między Agadirem a Marrakeszem to prawdziwa uczta dla oczu. Wyobraź sobie: po drodze podziwiasz wybrzeże Atlantyku, a potem wskakujesz w zielone doliny, które wyglądają jak z katalogu “idealne miejsca na wakacje”. Następnie, góry Atlas (no tak, te majestatyczne szczyty, które sprawiają, że czujesz się jak bohater filmu przygodowego) zaczynają się rysować na horyzoncie. A na końcu? Tradycyjne berberyjskie wioski, które wyglądają jak z baśni.
Więc zamiast ziewać z nudów w środku, zabierz ze sobą aparat, bo każdy kilometr to nowy krajobraz i coś, co wciągnie cię w marokańską magię!

W Marrakeszu zatrzymaliśmy się w riadzie – tradycyjnym marokańskim domu, który okazał się być prawdziwą perełką. Jeśli chcecie poczuć się jak w baśni o Alladynie, to Riad Sabah będzie idealnym wyborem! Link do riadu: Riad Sahab. Po przekroczeniu drzwi tego miejsca, poczuliśmy się jakbyśmy przenieśli się do magicznego świata pełnego kolorów, zapachów i tajemniczych zakątków. A potem… powitano nas tradycyjną marokańską herbatą! 🍵 Przygotowaną na sposób, który sprawia, że nawet zwykła filiżanka staje się rytuałem – z miętą, cukrem i taką dawką serdeczności, że aż zapomnieliśmy o świecie na zewnątrz. Co chwilę miałam wrażenie, że zaraz zza rogu wyskoczy dżin z lampy! Każdy detal w tym riadzie sprawiał, że czuliśmy się jak prawdziwi bohaterowie baśni, a atmosfera tego miejsca oszołomiła nas do ostatniej chwili!



Riad Sabah, Marakesz
Następnego dnia musieliśmy opuścić naszą bajkową oazę i ruszyć na przygodę, która… rozbudzała wyobraźnię! Było jak wkraczanie do innej rzeczywistości – poranek powitał nas promieniami słońca, które malowały Maroko w najpiękniejszych kolorach, a my wiedzieliśmy, że to dopiero początek prawdziwej eksplozji emocji. Przed nami leżała droga pełna tajemnic, a każdy kilometr wciągał nas w wir przygód. Przedsmak tego, co miało się wydarzyć, był nieziemski! Gdy wsiadaliśmy do mini busika, nie mieliśmy pojęcia, że ta podróż rozwinie naszą wyobraźnię i nie tylko… Busik wypełnił się po brzegi – ludzie wchodzili, wchodzili, aż po 30 minutach byliśmy gotowi, by wreszcie ruszyć w głąb kraju! Cały świat, dosłownie, zmierzał w jednym kierunku – wszyscy jechali zobaczyć Saharę. Zoabczcie poniżej z jakim towarzystwem spędziliśmy te 3 piękne dni!

To była podróż, która miała nie tylko zaspokoić naszą ciekawość, ale także wywrócić do góry nogami nasze postrzeganie świata. W moment poczuliśmy, że nie chodzi tu tylko o dotarcie do celu, ale o to, by przeżyć coś, co zostanie z nami na zawsze.



Pierwszy przystanek i pierwsze dreszczyki emocji. Prawdziwa podróż zaczyna się, gdy decydujesz się porzucić to, co znane, i zanurzyć się w nieznane. To jak otwarcie drzwi do świata nowych smaków, które czekają na Ciebie w lokalnych straganach i restauracjach. Kiedy tubylcy podają ci danie, które wykracza poza wszystko, co kiedykolwiek jadłeś, wiesz, że to już nie tylko podróż oczami, ale i podniebieniem! Nowe smaki, zapachy i tekstury – to wszystko staje się częścią tej niesamowitej przygody, której nigdy nie zapomnisz.

Podczas naszej podróży z Agadiru do Marrakeszu zatrzymaliśmy się w jednym z tych miejsc, które sprawiają, że czujesz się jak bohater filmu przygodowego – przełęczy Tizi n’Tichka! Znajduje się ona na 2 260 metrach nad poziomem morza, więc jeśli nie masz lęku wysokości, to czujesz się jak zdobywca gór! (ja się tak poczułam! :D)
To jedno z najwyższych, a jednocześnie najbardziej malowniczych miejsc w Atlasie Wysokim – góry jakby chciały zlać się z niebem. A wiecie, kto tu mieszka? Berberowie, tórzy od wieków żyją w tych surowych warunkach, w tradycyjnych wioskach zbudowanych z kamienia. Ich kultura i styl życia są silnie związane z górami, a widok na rozległe, górzyste krajobrazy zapiera dech w piersiach.



Podróż na Saharę była długa, ale komfortowy busik i genialna atmosfera w środku sprawiły, że z każdym kilometrem chciało się więcej! Nasz kierowca Husajn nie pozwalał, żebyśmy zapomnieli, dokąd zmierzamy – co chwilę wznosił głośne „Mama Africa!”, a my, jak na zawołanie, odpowiadaliśmy: „Sahara Papa!”. To było jak jakieś rytualne hasło, które rozgrzewało nas do kolorów przypominających piaski Sahary. Na pokładzie miałyśmy dwie dziewczyny z Kolumbii, więc Husajn, czując klimat, zaczął co chwila podśpiewywać „Waka Waka” Shakiry, a reszta busa dołączała w rytm. Było głośno, wesoło, a każda godzina drogi mijała jak szalona. Takiej podróży nie da się zapomnieć – po prostu trzeba to przeżyć!



Następny przystanek naszej podróży to miejsce, gdzie tradycja spotyka się z nowoczesnością – prawdziwa skrzynia skarbów Maroka! Tu, między kolorowymi stoiskami, sprzedawali skamieniałości, kosmetyki według starych, sprawdzonych receptur i lokalne przysmaki, które potrafią rozbudzić podniebienie. To jak wejście do labiryntu historii, gdzie każdy przedmiot opowiada własną opowieść, a aromaty i kolory budzą niezapomniane emocje. Idealny przystanek dla poszukiwaczy autentycznych doświadczeń – Maroko pokazuje tu, że prawdziwa magia tkwi nie tylko w widokach, ale i w smaku oraz zapachu lokalnej kultury!



Nasz kolejny przystanek? Obiad! A w menu? Tajine. Marokański hit, który zdaje się być wszechobecny. Serwują je wszędzie, gdzie tylko się obrócisz, a każda porcja to taka sama, powtarzalna historia: warzywa, które niby nie pamiętają o przyprawach, ale mimo to – mają swój niepowtarzalny urok. Może nie eksplodują smakami, ale jedno jest pewne – to tajine zapadnie ci w pamięć na zawsze. Bo czasem to właśnie te „proste” dania tworzą najciekawsze wspomnienia z podróży!






Po obiedzie ruszyliśmy w stronę Ajt Bin Haddu – miejsca, które wygląda jak żywy plan filmowy! Ajt Bin Haddu to ufortyfikowana osada (ksar) w Maroku, leżąca ok. 30 km na północny zachód od miasta Warzazat, wpisana w 1987 na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Osada położona jest na zboczu wzgórza nad porośniętymi palmowym gajem brzegami rzeki Warzazat.
Już na horyzoncie zaczynały majaczeć starożytne mury, a krajobraz przybierał zupełnie magiczny wymiar. To tutaj, wśród kamiennych fortec i wąskich uliczek, kręcono wiele kultowych filmów – od epickich scen z „Gladiatora” po tajemnicze krajobrazy znane z „Game of Thrones”. Każdy krok po Ajt Bin Haddu sprawiał, że czułeś, jakbyś przenosił się do innego świata, gdzie historia spotyka się z kinem, a każdy kamień opowiada własną, niesamowitą opowieść. Idealne miejsce dla każdego, kto chce poczuć magię podróży i choć na chwilę stać się bohaterem własnego filmu!
Po zwiedzaniu Ajt Bin Haddu, ruszyliśmy w stronę hotelu, ale jak to bywa w podróży, przygody zaczęły się nieoczekiwanie. Góry Atlas postanowiły się “rozpłakać”, a ich ulewy sprawiły, że droga stała się nieprzejezdna z powodu powodzi. W tym momencie, jedyne, co wiedzieliśmy, to że nasz kierowca rozmawiał o czymś intensywnie po arabsku, a my zostaliśmy uspokajani jednym, niezwykle popularnym hasłem: „Jeszcze 5 minut”. I wiecie co? „5 minut” w Afryce to jak obietnica, że dotrzemy za kilka godzin, bo czas płynie tam trochę inaczej. Atmosfera w busie była trochę napięta, a jednocześnie spokojna, wszyscy wiedzieliśmy, że to właśnie te nieplanowane momenty tworzą najciekawsze wspomnienia z podróży!
Po 2,5 godzinach pełnych nieoczekiwanych przygód, dotarliśmy wreszcie do hotelu La Gazelle De Dades. Położony w samym sercu natury, blisko rzeki i otoczony spektakularnymi górami, hotel miał absolutnie magiczny charakter. Jego wnętrze wprost emanowało górskim stylem, idealnie komponując się z krajobrazem – drewniane elementy, kamienne ściany i ciepła atmosfera sprawiały, że czuliśmy się jak w górskiej oazie. To miejsce, które naprawdę pasowało do scenerii, jaką oferują góry Dades – surową, ale niesamowicie piękną!



Przywitanie nas marokańską herbatą dodało jeszcze więcej uroku temu miejscu. To tradycyjne powitanie nie tylko wprowadziło nas w klimat, ale także sprawiło, że poczuliśmy się naprawdę mile widziani.




Po zasłużonym odpoczynku, zjedliśmy kolację, która – jak zwykle – składała się z tajine, dania, które w Maroku towarzyszyło nam niemal codziennie. Z pełnymi brzuszkami, zmęczeni po całym dniu, udaliśmy się do naszych pokoi, aby naładować baterie. Wiedzieliśmy, że następnego dnia czekały nas kolejne emocje i niezapomniane przygody!
I choć to dopiero początek naszej podróży, już teraz czujemy, że każde doświadczenie, każda chwila spędzona w tym fascynującym kraju, pozostawi w nas niezatarte wspomnienia. Zatem trzymajcie się z nami, bo to, co przed nami, zapowiada się jeszcze bardziej niezwykle!
Leave a Reply