Mija powoli, bardzo powoli tydzień odkąd wróciłam z REWELACYJNEJ podróży do Azji…
Zacznę od podsumowania podróży. Razem ze siostrą i koleżanką w ciągu 10 dni odwiedziłyśmy 2 kraje – Japonię i Koreę Południowa, 1 wyspę – Okinawę, odbyłyśmy 7 lotów,
w sumie przebyłyśmy 25410 kilometrów i spędziłyśmy 138h45 min w środkach transportu
(samoloty, busy, pociągi, koleje). Absolutne szaleństwo! Nie uważacie?
A teraz jak to się zaczęło… Nasza podróż zaczęła się w Poznaniu gdzie w nocy z 12 na 13 października ruszyłyśmy pociągiem do stolicy. Z Warszawy 13.10 rano miałyśmy lot do Dusseldorfu. Plany były takie, że zobaczymy trochę tego miasta, jednak na miejscu szybko to się zmieniło. Gdy kupowałyśmy bilety do centrum, zobaczyłyśmy, że całkiem blisko z Dusseldorfu jest do Kolonii, więc kupiłyśmy bilety do tego miasta :D. Żadna z nas nie była nigdy w tym mieście, a Katedra piękna czeka na oglądanie! Lot do Tokio był dopiero o 20h00 więc miałyśmy czas od 11 na zwiedzanie… Czas wykorzystany bardzo dobrze! Bilety z Dusseldorfu do Kolonii taką osobówką polską (chociaż u nas nie ma jeszcze takich osobówek ;)) kosztuje około 11,30 €, trasa wygląda tak:
W jedną stronę jechałyśmy 40 min, w drugą 1h5. Nie pytajcie dlaczego! Oto Katedra św. Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii:
Osobiście kiedy ujrzałam katedrę zatrzymałam się i zaniemówiłam. Gigant! Jest przeogromna i zjawiskowo piękna! Katedra znajduje się w centrum, od razu koło dworca kolejowego, uważam to za ogromny plus! W Kolonii byłyśmy tylko przed Katedrą, w środku i w kawiarni francuskiej ;). Po południu wróciłyśmy znowu do Dusseldorfu gdzie nasza trójca spotkała się by wybrać się do Japonii… Pokazałyśmy paszporty, bilety, Pan wydrukował nasze bilety i czekałyśmy tylko na wejście do samolotu.
Pierwsze zdjęcia z Tokio i niezapomniane uczucie cichego miasta. Bardzo cichego miasta. Kiedy wysiadłyśmy z kolejki i znalazłyśmy się w centrum Asakusy dopadło nas bardzo dziwne uczucie. Było PEŁNO ludzi, PEŁNO samochodów, PEŁNO wszystkiego, niesamowity przepych, a było tak cicho, że same nie mogłyśmy w to uwierzyć. Uczucie można porównać do czegoś takiego: stoisz w mieście gdzie jest tłum ludzi, jadą samochody w jedną i w drugą stronę, pełno samochodów, Ty stoisz w tym chaosie i masz założone zatyczki do uszu. Samochody są na prąd i jeszcze słyszałam, że w Tokio są inne drogi…
To pierwsze obiekty, które ujrzałyśmy. Znalazłyśmy swój hotelik, ogarnęłyśmy się i ruszyłyśmy do obserwatorium, które jest całkowicie za darmo. Wjeżdża się na 45 piętro i podziwia Tokio nocą lub za dnia.
Bardzo ważne rzeczy na zdjęciu, w Japonii są kompletnie inne wtyczki (takie jak USA), także koniecznie trzeba to maleństwo nabyć. Muszę przyznać, że po 40 godzinach w podróży, spanie na ziemi było wspaniałym wyborem. Wstałam wyspana i pełna energii, nie wiem czy to zasługa futonu, czy tego, że następnego dnia czekał nas lot na japońską wyspę Okinawę. Musiałyśmy przebyć tę samą trasę co w poprzedni dzień, aby znaleźć się znowu na lotnisku Tokio Narita. Tym razem lot był między Tokio Narita Okinawa Naha (uwielbiam te nazwy!).
Prowiant na drogę… Ukochany zestaw, woda (najlepszy napój na świecie) i jedno z ulubionych moich dań-sushi. Za każdym razem kiedy kupujesz coś w Japonii lub na Okinawie dostajesz do sushi pałeczki lub do jogurtu łyżeczkę plastikową. Piękne zwyczaje. Idealne dla podróżników. Lot odbyłyśmy japońskimi liniami Vanilla Air. Całość trwała 3godziny.
Okinawa. Co to takiego? Jest to przede wszystkim wyspa, wyspa japońska. Leży na Oceanie Spokojnym i ma własną kulturę, własny język okinawski oraz jest kolebką karate. Klimat wyspy leży w strefie subtropikalnej. Wrzesień na Okinawie to pora na tajfuny. Na Okinawie obowiązuje taka sama waluta jak w Japonii, czyli japońskie jeny.
Po wylądowaniu taka temperatura nas przywitała na wyspie…
Naha. Co to takiego? Naha to miasto w Japonii, ośrodek administracyjny prefektury Okinawa. Znajduje się w południowej części wyspy. Jest to zarówno port handlowy jak i rybacki nad Morzem Wschodniochińskim.
W Japonii kasa nazywa się jen, liczba mnoga jeny ;). Jeny przedstawiają się zarówno w monetach jak i banknotach (to nie jest takie oczywiste, np. na Białorusi nie ma monet wcale). Monety dzielą się na 1 (bardzo przez nas znienawidzone :D, żadne automaty nie chciały tego przyjmować), 5, 10, 50 (jest z dziurką w środku), 100 (te się fajnie wydawało;)), 500 (bardzo ładne!) i banknoty, które dzielą się na 1000, 2000, 5000 i 10000. ps. Nie wiem czy facet mnie oskubał z kasy, ale osobiście na wszystko się tam godziłam, być może głupota, ale na końcu wypowiedzi dowiecie się dlaczego… Mówili do mnie po japońsku, kłaniali się, dziękowali cały czas [“arigato gozaimasu” – dziękuję bardzo to słowa które zapamiętam do końca życia prawdopodobnie, ponieważ były cały czas kierowane w naszą stronę], a ja albo się kłaniałam, albo mówiłam “yes” 😀 albo “arigato gozaimasu” ponieważ jestem na TAK jeżeli chodzi o Japonię!
Następny dzień na Okinawie spędziliśmy na plaży Cape Maeda. Miałyśmy jechać gdzieś indziej, ale okazało się, że idzie tajfun i byśmy musiały tam nocować, a następnego dnia miałyśmy lot do Seulu. Okolice Cape Maeda i Cape Maeda moim okiem:
Seul-Inchoen posiada pole golfowe, spa, prywatne pokoje do spania,
kasyno, lodowisko, ogrody zadaszone, kino, oraz Muzeum Kultury Korei. Gdzieś jeszcze mi przemknęło, że lotnisko oferuje darmowe prysznice. Robi wrażenie.
Oto stolica Korei Południowej – Seul. Ogromne miasto. Ogromne ulice. Ogromne chodniki. Tłumy! Specjalne podziękowania dla Kamila, który był tak miły, że przygarnął 3 osoby pod swój dach. Bardzo, bardzo dziękujemy! :). Po trzech dniach spędzonych w Seulu, czekał nas kolejny lot. Wracałyśmy do Japonii, tym razem padało na Osakę. Lotnisko w Osace ma bardzo japońską nazwę – Kansai. Przy każdym lądowaniu do Japonii z innego, obcego państwa trzeba wypełnić dwie karteczki, gdzie podaje się podstawowe dane, gdzie się będzie mieszkać i takie tam. Jedną karteczkę dajemy Pani lub Panu, który także zabiera nasz paszport do podbicia, a drugą dajemy do osoby, która sprawdza nasz bagaż. Kiedy wracałyśmy z Seulu, przy ostatniej kontroli zabrano najpierw mój paszport. Facet nie mógł uwierzyć za bardzo, że przyleciałyśmy do Japonii 14 października, następnie, że opuszczamy ją 17 października i wracamy po dwóch dniach. Trzeba było mu to wszystko wytłumaczyć i powiedzieć, że w kolejnych dwóch paszportach, które będzie sprawdzał znajdzie takie same daty, takie same pieczątki i nalepki. Facet chwycił koleżanki paszport, przekartkował, znowu porobił dziwne mimy, a paszportu mojej siostry nawet nie sprawdzał. Chyba nie mógł skumać, jak można w tak krótkim okresie być dwa razy w Japonii ;).
W Osace czekał na nas nocleg i każdy tu miał swój mały japoński kącik, wyglądał tak:
Nie wiem czy na dłuższą metę można w takim czymś nocować, ale podczas podróżowania nie jest to jakieś uciążliwe. A może ja nie jestem aż tak wybredna…W Osace nie widziałyśmy tak naprawdę nic oprócz kilkunastu ulic. Ale muszę Wam opowiedzieć naszą reakcję jak wróciłyśmy do Japonii z Korei. Ledwo weszłyśmy do sklepu, każda z nas wiedziała co kupić, co ile kosztuje, czego możemy się spodziewać ogólnie, były znowu automaty na ulicach, do których strasznie się przyzwyczaiłyśmy (my mamy co chwilę żabki w Polsce, Japończycy mają automaty na ulicach, w których można kupić picie i jedzenie, w czerwonych automatach można dostać coś ciepłego zarówno do picia jak i jedzenia), następnie znowu te same twarze (w moim odczuciu Japonki i Japończycy są piękniejsze/piękniejsi niż Koreańczycy), znowu spanie na ziemi i znowu wszechobecna matcha, czyli zielona herbata :). Z Osaki udałyśmy się do miasta gejsz, czyli do Kioto. Byłyśmy miło zaskoczone od samego początku… Ledwo wysiadłyśmy z kolejki i znalazłyśmy się na ulicy już nas częstowano sake – tradycyjne japońskie wino produkowane z ryżu. Nie dobre, ale mocne kiedy się przełyka. Następnie, po kilku minutach trafiłyśmy do knajpy, gdzie rozdawali za darmo kawę. Usiadłyśmy, wypiłyśmy i poszłyśmy dalej. W stronę bazaru… Wielkiego, kolorowego bazaru, a tam, znowu żarcie za darmo! Można było próbować czego się tylko chciało! Żyć nie umierać! Proszę Państwa KYOTO, KYOTO według Patusi:
Dworzec w Kioto
Schizowa jezdnia…
które stoją tak blisko siebie, że tworzą coś w rodzaju tunelu. W okolicy tego miejsca jest również cmentarz.
Dworzec w Kioto to jeden z największych dworców kolei JR, funkcjonuje jako główny dworzec kolejowy w Kioto. Obecny budynek recepcyjny dworca należy do najwybitniejszych dzieł współczesnej architektury kolejowej na świecie.
W Kioto byłyśmy tylko jeden cały dzień, także zwiedzanie trwało bezustannie. Pamiętam, że tego dnia przeszłyśmy po tym mieście około 20km… Czy widziałyśmy gejszę? Widziałyśmy! Kiedy opuszczałyśmy już okolicę w której można ich spotkać. Najpierw widziałyśmy podróbki, a potem tę prawdziwą, bardzo spontanicznie. Kiedy szukałyśmy informacji w internecie, nagle mała osoba idzie w naszym kierunku i koło nas najzwyczajniej w świecie sobie przechodzi. Mówię do lasek “patrzcie”, przeszła obok (miała głowę do moich żeber, zadaje sobie pytanie ile musiała mieć wzrostu, jeżeli naginała w japonkach na koturnie?), laski spojrzały, patrzymy na nią, patrzymy na siebie, mówimy do siebie, że ma część pleców pomalowaną na biało to musi być oryginał. Nagle gejsza weszła do jakiejś bramy, a tłum ludzi za nią. Laski też pobiegły, żeby porobić fotki. Ja zostałam – miałam możliwość zobaczenia jej całej – kiedy szła w naszą stronę, widziałam całą jej posturę i twarz. No gejsza, jak to gejsza ;). Oczywiście nie pogardziłabym fotką z nią, ale one się tylko przemykają więc pewnie nici ze wspólnego zdjęcia. Całe szczęście obraz w głowie zostanie na jakiś czas…
Czas w tym miejscu dla nas kończył się przed północą. Całą następną noc spędziłyśmy w autokarze do ukochanego Tokio. Wystrój autobusów był kosmiczny – rozkładane siedzenia, poduszki, koce, klima, ogrzewanie i na końcu bardzo zabawna rzecz – każdy fotel miał taką ochronkę na oczy, żeby światło nie przeszkadzało podczas spania. Cała podróż trwała 8h i rano kilkanaście minut po 8 byłyśmy na miejscu… Ja marzyłam tylko o jednym, o kawie! Kupiłam zatem dwie sztuki – na zimno i na gorąco:
Sami po tym zdjęciu możecie oszacować, że kapsuły nie są takie małe. Osoba ze zdjęcia ma 68 kilo i 184 cm wzrostu. Sądzę, że koło mnie spokojnie zmieściłaby się kolejna osoba, a co dopiero gdy śpi w takiej kapsule Japonka 😉
W każdym hotelu trzeba zakładać takie seksi obuwie ;). Miałyśmy na początku obiekcje czy prawy jest na prawej stopie, a lewy na lewej, ponieważ oba papcie są takie same! Ale był ubaw jak w nich się poruszałyśmy, te moje – białe/kremowe wydawały dziwny dźwięk przy chodzeniu ;).
Nacieszyłyśmy się kapsułami i wyruszyłyśmy w miasto, żeby spędzić ostatni wieczór w Tokio… Na sam koniec zwiedziłyśmy Tokio Tower:
arigato gozaimasu za uwagę,
Pat 🙂





































































































































































































































































































































































































































































































































































































































Leave a Reply